Łódzcy żużlowcy na czele tabeli!

May 12th, 2003

W trzeciej kolejce Towarzystwo Żużlowe Łódź pokonało w Krośnie KSŻ, team który przed meczem został liderem tabeli II ligi. Dzięki temu sukcesowi to właśnie łodzianie awansowali na pierwsze miejsce!

Już od pierwszego biegu wygrywali nasi żużlowcy. W pierwszym wyścigu odnieśliśmy podwójne zwycięstwo. Wygrał Piotr Rembas przed Laszlo Szatmarim. Duńczyk Bjaerne Pedersen pokazał kunszt w drugim biegu. Zapewnił jednak tylko remis, bowiem ostatni przyjechał Sebastian Kowolik.

Dwa następne wyścigi łodzianie wygrywali po 4:2. Najpierw wygrał Mariusz Fierlej, trzeci przyjechał Przemysław Pyzik, a następnie znów triumfował Piotr Rembas, trzeci na mecie był Laszlo Szatmari.

Potem było trochę gorzej. Bjaerne Pedersen przegrał z Januszem Ślączką, ale trzeci był Sebastian Kowolik i zanotowano remis 3:3. Po raz pierwszy łodzianie przegrali w szóstym wyścigu. Mariusz Fierlej był drugi, ale Łukasz Loman dopiero ostatni. Było 2:4, ale po sześciu wyścigach łodzianie prowadzili 21:15.

Kolejne triumfy doskonale dysponowanego Piotra Rembasa, a następnie Bjaerne Pedersena i Mariusza Fierleja sprawiły, że przewaga łodzian rosła. Po dziewięciu wyścigach było 33:21 dla nas.

Mecz rozstrzygnął się po dwunastu wyścigach. Mariusz Fierlej przyjechał przed Laszlo Szatmarim, a podwójne zwycięstwo łodzian sprawiło, że TŻ Łódź prowadziło 47:25 i zwycięstwo było przesądzone! W biegach nominowanych również gorówali łodzianie, podwójnie wygrywając dwa ostatnie wyścigi!

ŻKS Krosno – TŻ Łódź 29:61

TŻ Łódź: Rembas, Pedersen i Fierlej po 14, Szatmari 9, Lisiak 5, Pyzik 3, Kowolik i Loman po 1.

Mecze Wandy Kraków z GTŻ Grudziądz oraz Kolejarza Opole z TŻ Ostrów zostały odwołane z powodu opadów deszczu.

1. TŻ Łódź 3 4 +54

2. Grudziądz 2 4 +12

3. Krosno 3 4 -1

4. Ostrów 2 2 +40

5. Kolejarz 2 0 -42

6. Wanda 2 0 -63

Autor artykułu: (dk)

Cztery życia kurczaka

May 9th, 2003

Ogólnie słuszna rada, żeby na rynkach i w pawilonach mięsnych wyostrzyć o tej porze roku wzrok i węch, nie dotyczy klientów hipermarketów.

Na nic się im ona nie przyda, nawet gdy będzie 35 stopni w cieniu. Po wielkich halach nie snują się przecież podejrzane zapaszki, a w różowym świetle lad chłodniczych poukładana na tackach i zafoliowana żywność zawsze wygląda tak świeżutko, że aż cieknie ślinka. Dlatego z niedowierzaniem wysłuchaliśmy zapewnień trójki pracowników hipermarketów (w tym jednego byłego), że od 10 do 30 procent sprzedawanych tam produktów żywnościowych nie powinna trafić do klientów nawet po głębokiej przecenie, gdyż nie nadaje się do spożycia.

Kurczę blade…

– Najczęściej dotyczy to drobiu – przechodzi do szczegółów Anna A.

– Taki kurczak, na przykład, ma w hipermarkecie aż cztery życia. Pierwsze trwa najkrócej, bo tylko jeden dzień. Po dostarczeniu partii drobiu z ubojni każdą sztukę kładziemy na tacce i owijamy folią. Na specjalnym automacie odbywa się ważenie, drukowanie na metce daty i ceny. Tuszki idą do chłodni, a następnego dnia są sprzedawane jako świeże schłodzone.

Niektóre partie mają 2-, 3-dniowy termin ważności, ale bardzo często już po 24 godzinach robią się sinoblade i wilgotne. Kurczaki, których nie udało się od razu sprzedać, zaczynają swoje drugie życie. Wygląda to tak, że rozpakowuje się je i płucze wodą z dodatkiem jakiegoś konserwantu czy detergentu, żeby zmyć z nich brzydki, wilgotny w dotyku nalot.

Jak kurczaki są już „odświeżone”, kładzie się je na nowe tacki, owija nową folią, metkuje i wystawia do sprzedaży jako wciąż świeże schłodzone. Kiedy brakuje czasu, część drobiu bez mycia naciera się przyprawami, „gancpomadą” i przerabia na porcje do grillowania. Następnego dnia te, które jeszcze nie znalazły nabywców, nadziewane są na sztyce i pieczone na rożnie.

Przestrzega się przy tym zasady, żeby wśród przeterminowanych było też trochę kurczaków idealnie świeżych. Przecież do sklepu przychodzą znajomi i różne kontrole. Dlatego trzeba mieć pod ręką lepsze sztuki.

Fazę rożnową nazywamy trzecim życiem kurczaka. Pieczone, które nie zejdą, zaczynają swoje czwarte życie. Przerabia się je na garmażeryjną formalinę – jak mówimy w hipermarketowym żargonie. Kroi się taki drób na drobne kawałki i dodaje do bigosów albo miesza z żołądkami, sercami, na przykład na sałatki z podrobami i leczo. Nie słyszałam, żeby ktoś się struł, ale ja do ust tego nigdy nie brałam. Przez to co widziałam nabrałam do drobiu takiego obrzydzenia, że nawet kur prosto od chłopa nie jadam – mówi pani Anna.

Przeterminowany obiad

Marek K., który już w trzecim hipermarkecie zarabia na chleb, kurczaków ze swego jadłospisu nie wyrzucił, ale przykazał żonie, żeby kupowała je w małym sklepie przy ul. Struga.

– W moim „hipciu” pewne jest tylko mięso ze świeżych półtusz dostarczanych do naszej rozbieralni – mówi. – Natomiast nawet nie próbuję garmażu własnej produkcji, bo wiem, co się smaży i na czym. Do garów i na patelnie niejednokrotnie idą nie najświeższe golonki i żeberka. W hipermarkecie nic, co po upitraszeniu może być „zjadliwe”, nie ma prawa się zmarnować. Na śmietnik to się wyrzuca tylko tacki i folie, a ich zawartość przerabia na pieczyste. Moim zdaniem tak jest w każdym wielkim sklepie, który ma własne zaplecze produkcyjno-garmażeryjne. Dzięki temu tworzy się niewidzialny dla klienta „łańcuch żywieniowy”. Przeterminowane na przykład o dzień mięso smaży się na przeterminowanym oleju, przeterminowane oliwki dodaje się do surówek i przeterminowany obiad gotowy.

– Żadne kontrole tego nie wymacały – dodaje Janusz Cz. – Zresztą, jak mają wymacać, kiedy my kilka dni wcześniej wiemy, że na przykład inspekcja handlowa szykuje nalot.

Wtedy zaczyna się czyszczenie półek z przeterminowanych towarów i chowanie ich po ciemnych kątach. Ale tam jurysdykcja inspekcji już nie sięga, bo ją obchodzi tylko to, co jest wystawione do sprzedaży. Za dobrze też być bez przerwy nie może, więc dajemy się złapać na jakichś drobiazgach, za które wlepiają 100 zł mandatu.

Kto kogo przechytrzy

Szersze uprawnienia ma Sanepid. Może zajrzeć wszędzie, wszystkiego dotknąć i poddać laboratoryjnym badaniom.

– Rzeczywiście, przeprowadzamy kontrole również w części produkcyjnej hipermarketów, ale są one wyrywkowe – wyjaśnia Leszek Ośródka, kierownik działu żywienia łódzkiego Sanepidu.

– Używając przenośni, taka kontrola przypomina trochę zabawę w policjantów i złodziei, w której górą jest zmyślniejszy. Można jedynie domniemywać po tym, co słyszę, że hipermarkety mogą mieć na sumieniu różne grzechy, o których my nie wiemy. Sanepid musi jednak opierać się na tym, co stwierdzą inspektorzy, a także na skargach konsumentów. Nie twierdzę, że wszystko, co pracownicy hipermarketów opowiedzieli dziennikarzom o kurczakach i innych sprawach jest kłamstwem, ale nam oni takich sygnałów nie przekazali.

Małgorzata Gołębczyk, kierownik działu w Wojewódzkim Inspektoracie Inspekcji Handlowej mówi, że termin przydatności kurczaków do spożycia liczy się od momentu ich uboju, a nie od daty dostarczenia do sklepu. W dodatku terminy te są umowne, bo nieuregulowane polską normą i wahają się od 3 do 6 dni.

– My organoleptycznie kontrolujemy tylko to, co jest wystawione na półkach do sprzedaży, a zaplecze produkcyjne hipermarketów to domena Sanepidu i dozoru weterynaryjnego – tłumaczy. – Jeśli znajdujemy przeterminowane artykuły spożywcze, sklep musi je wycofać ze sprzedaży, a my wlepiamy mandat. Gdyby hipermarket rzeczywiście sprzedawał klientom zepsute kurczaki jako świeże schłodzone, pieczone czy w innej postaci, to zgodnie z ustawą byłoby to przestępstwo. Towar przeterminowany nawet o jeden dzień kwalifikuje się jedynie do natychmiastowej utylizacji albo – za zgodą odpowiednich służb – do przetworzenia na paszę dla zwierząt.

Niedawno kontrolerzy inspekcji handlowej dwukrotnie zakwestionowali jakość drobiu sprzedawanego w jednym z łódzkich hipermarketów. Sklep natychmiast pokazał dokumenty, z którego wynikało, że dla tych kurczaków nie minął jeszcze termin przydatności do spożycia.

Brak uwag Sanepidu i inspekcji handlowej do jakości drobiu z hipermarketów tylko denerwuje Stefanię Gromek, robiącą zakupy w pawilonie przy ul. Kilińskiego. Przerywa obwąchiwanie udek i woła:

– Kurczak z hipermarketu? Nigdy w życiu! Przedwczoraj kupiłam takiego dziobaka w hipermarkecie dla wnuka, bo lubi, ale gdy zdjęłam folię, zajechało kwasem. Zadzwoniłam do Sanepidu. Jakaś pani bardzo grzecznie zaczęła mi tłumaczyć, że prywatnie mi wierzy, ale nic hipermarketowi nie udowodni, bo kurczak mógł się zepsuć w drodze do domu. Tak się zdenerwowałam, że zrobiłam się niegrzeczna. Wtedy ta pani odłożyła słuchawkę i już nic więcej nie usłyszałam, tylko piii-piii-piii…

*****

PS. Imiona i pierwsze litery nazwisk naszych informatorów są zmienione.

Autor artykułu: Bohdan Dmochowski

Tajna broń trenera Bogusława Pietrzaka

May 9th, 2003

Wczoraj przed południem II-ligowa kadra piłkarska ŁKS miała zajęcia szkoleniowe na głównej płycie boiska. Tym razem trener Bogusław Pietrzak zaaplikował swym podopiecznym szeroki wachlarz ćwiczeń taktycznych zespołowych, jak i indywidualnych. Sporo miejsca poświęcono różnym wariantom rozgrywania stałych fragmentów. To może być jedna z tajnych broni, którą ełkaesiacy będą chcieli zaskoczyć sobotniego rywala, Piotrcovię.

Zajęcia piłkarzy z dużym zainteresowaniem obserwował opiekun szkoleniowy lekkoatletów ŁKS, Werner Proske, który z uznaniem wyrażał się o warsztacie trenerskim Bogusława Pietrzaka.

– Przyglądam się, prawie na bieżąco, pracy tego trenera, zarówno zimą, jak i w trakcie sezonu piłkarskiego – mówi Proske. Nie tylko chodzi mi o bogaty, wielce urozmaicony zasób stosowanych przez niego ćwiczeń, ale także o dyscyplinę, jaką potrafi utrzymać na treningach, konsekwetne egzekwowanie od każdego piłkarza z osobna realizacji ustalonego na dany dzień programu szkoleniowego.

* Co się przydarzyło Robertowi Sierantowi, że prowadził pan z nim trening indywidualny?

– Był trochę zmęczony psychicznie zajęciami, jakie miał wcześniej na uczelni (Wydział Wychowania Zdrowotnego UŁ – przyp. red.). Ale jest w pełni zdrów i z całą pewnością będzie zdolny do gry przeciwko Piotrcovii. Dziś wieczorem natomiast wypowie się lekarz czy będą mógł skorzystać z usług Radosława Kardasa, Marcina Kowalczyka i Tomasza Rączki. Nie muszę tłumaczyć, że ich udział byłby sporym wzmocnieniem naszej drużyny.

W sobotnim (godz.17) meczu w Piotrkowie z całą pewnością nie wystąpią: Karol Piątek (pauzuje za żółte kartki), a także odczuwający jeszcze nadal skutki doznanych kontuzji: Sebastian Przybyszewski, Michał Stolarz i Jacek Sorbian.

Ale nie ma co narzekać na zły los. Ci ełkaesiacy, którzy zagrają w Piotrkowie, dadzą z całą pewnością z siebie wszystko, aby uzyskać korzystny dla nas rezultat. Ale w grach zespołowych wyniku przewidzieć się z góry nie da.
Piłkarze ŁKS nie będą na boisku w Piotrkowie osamotnieni. Towarzyszyć im będzie 500-osobowa grupa kibiców.

– Wysłaliśmy do Piotrcovii zapotrzebowanie na dodatkową pulę biletów i nasza prośba została uwzględniona – mówi pani Bożena zajmująca się sprzedżą biletów na mecz w Piotrkowie w kasie przy wejściu do hali na stadionie ŁKS.

Do godziny 12 dnia wczorajszego pani Bożena sprzedała 146 kart wstępu, ale tylko tym osobom, które mogły przedstawić aktualny dowód tożsamości. Na specjalnej karcie wpisuje się imiona i nazwiska kupujących bilety, dowód tożsamości jakim się posługują, pesel, miejsce ich zamieszkania, a także numer biletu. Wzystkie są w jednakowej cenie 10 zł. Dzisiaj przedsprzedaż biletów w kasie ŁKS prowadzona będzie do godz. 16. Z kolei od działaczy z Piotrkowa otrzymaliśmy informację, że prawdopodobnie w dniu meczu kasy na stadionie Piotrcovii będą zamknięte.

Autor artykułu: (m. st.)

Prezes obiecał rugbistom ekstra premię

May 9th, 2003

W sobotę 17 bm. czeka rugbistów Expressowych Budowlanych jeden z najważniejszych meczów sezonu.

Pojedynek na własnym boisku z Lechią Gdańsk zdecyduje, która z drużyn przystąpi z lepszej pozycji do batalii w play off. Przypomnijmy, że w decydującej fazie walki o medale rozgrywa się jedno spotkanie na boisku drużyny sklasyfikowanej wyżej po rundzie zasadniczej.

W tej chwili pierwsza w tabeli – Lechia ma 33 pkt. Team Express Ilustrowany Budowlani zajmuje drugie miejsce z dorobkiem 32 pkt. Łodzianie rozegrali jednak o jeden mecz mniej. Zwycięstwo nad Lechią da Expressowym Budowlanym pozycję lidera po rundzie zasadniczej. Jest zatem o co walczyć!

W łódzkim klubie pełna mobilizacja. Skończyła się kartkowa kara Tomaszowi Cisakowi. Szybko dochodzi do zdrowia mocno poturbowany w spotkaniu w Gdyni z Arką – Łukasz Wieczorek. Dobrze goi się rozbity nos Jarosława Raweckiego. Wszystko wskazuje na to, że w spotkaniu z Lechią Expressowi Budowlani wystąpią w najsilniejszym składzie, na jaki ich obecnie stać.

Nie zasypiają gruszek w popiele także działacze. Prezes klubu Wiesław Chudzik obiecał zespołowi ekstra premię za pokonanie gdańszczan. Każdy z zawodników, który wystąpi w tym pojedynku, otrzyma 200 zł premii.

Dwóch czołowych rugbistów Expressowych Budowlanych – Krzysztof Hotowski i Michał Królikowski ma szansę bronić barw reprezentacji Polski w jutrzejszym meczu o Puchar FIRA z Holandią. Spotkanie zostanie rozegrane w Gdańsku.

Autor artykułu: (pas)

Proces strażników miejskich przełożony

May 6th, 2003

Przed łódzkim Sądem Rejonowym miał rozpocząć się wczoraj proces dwóch funkcjonariuszy Straży Miejskiej, przyłapanych przez reportera „Expressu” na wzięciu łapówki.

Taki też zarzut postawiła im bałucka prokuratura. 48–letni Stefan B. i 26–letni Dariusz P. oskarżeni są o przyjęcie 100 złotych.

Niestety, proces nie odbył się, bowiem o godzinie 9 na ławie zasiadł tylko młodszy z oskarżonych wraz z obrońcą. W tej sytuacji sędzia Agnieszka Boczek, odczekując akademicki kwadrans, odroczyła rozprawę do 22 maja.

Potem okazało się, że Stefan B. pojawił się w sądzie, usprawiedliwiając blisko godzinne spóźnienie wyznaczoną wcześniej komisją lekarską. W śledztwie Stefan B. i Dariusz P. przyznali się do winy.

W tym procesie sąd przesłucha 11 świadków. Wśród nich reportera „Expressu”, który zorganizował dziennikarską prowokację, chcąc udowodnić, że na mężczyzn korzystających z usług prostytutek czyhają funkcjonariusze Straży Miejskiej. Niektórzy z nich chętnie przymykają oko na zabroniony w tym miejscu wjazd do lasu i seksualne ekscesy, w zamian za łapówki.

Wieczorem 6 kwietnia zeszłego roku reporter „Expressu” wcielił się w rolę klienta jednej z urzędujących w tym rewirze cór Koryntu. Gdy tylko wjechał swoim autem do lasu w okolicach ul. Rogowskiej, pojawili się obaj oskarżeni.

Najpierw próbowali go zawstydzić, wypytując o żonę i dzieci, potem straszyli zawiadomieniem pracodawcy i sprawą w sądzie. Na koniec dali do zrozumienia, że mogą się dogadać. Bez żenady przyjęli 100 złotych i odeszli. Wkrótce obaj wpadli w ręce policji, którą zawiadomił reporter „Expressu”.

Autor artykułu: (st)

Przekonywali nas do Europy

May 6th, 2003

Szef rządu przyleciał wczoraj do Łodzi, by rozpocząć kolejny etap przekonywania Polaków do opowiedzenia się za Unią.

„Od piątego do piątego” – bo tak nazwano ów projekt – ma polegać na osobistych kontaktach członków rządu z mieszkańcami kolejnych województw.

Toteż po krótkiej konferencji prasowej u wojewody Leszek Miller i pięciu jego ministrów rozjechali się po całym województwie łódzkim. Dosłownie pół godziny przed premierem, dotarły do Urzędu Wojewódzkiego cztery ciężarówki wypakowane broszurami przekonującymi do głosowania na „tak” w czerwcowym (7 i 8 VI) referendum europejskim. Na tę kampanię informacyjną rząd planuje wydać 12 milionów złotych.

Co mówił Leszek Miller? Chwalił Episkopat Polski za to, że biskupi opowiedzieli się za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Pytany, czy wobec dramatycznie niskiej popularności swego rządu nie obawia się agitować za Unią, aby nie zaszkodzić wynikom referendum odpowiedział, że Polacy są mądrzy i potrafią obie sprawy odróżnić. I nawet nie lubiąc jego gabinetu oddadzą głos za przystąpieniem do UE.

– To nie jest głosowanie za ekipą rządową. To wybór, którego konsekwencje będziemy odczuwać przez dziesięciolecia – stwierdził.

Według Leszka Millera spotkania z młodzieżą są bardzo pomocne.

– Przystąpienie Polski do Unii leży w interesie młodych ludzi. Niech więc do tego przekonają swych rodziców i dziadków – powiedział premier. Uważa, iż ujawnienie frekwencji po pierwszym dniu referendum byłoby dobrym rozwiązaniem, ale skoro zabroniła tego Państwowa Komisja Wyborcza, temat jest zamknięty. Nieco inne zdanie miał Lech Nikolski, minister odpowiedzialny za europejską kampanię informacyjną. Uważa, że lepiej podać cząstkowe choćby, ale oficjalne dane, niż polegać na plotkach, które nieuchronnie się rozejdą po pierwszym dniu głosowania.

Autor artykułu: (kow)

Musimy docenić to, co mamy

May 6th, 2003

ŁKS wygrał dwa mecze o ligowe życie i zamiast się cieszyć, że niepomiernie wzrosły szanse na uratowanie się przed degradacją, wszyscy wkoło narzekają na jakość tych zwycięstw.

Warto posłuchać tego co mówi Kamil Kosowski. Pomocnik Wisły uważa, że czasami zdarza się zagrać bez stylu, długim podaniem na tzw. aferę, szukać czegoś w stałych fragmentach gry. Ważny jest jednak końcowy efekt. Wiśle po rzucie rożnym udało się pokonać KSZO. ŁKS po rzutach wolnych wygrał z Ruchem Radzionków i Hetmanem.

Wiślaków nikt nie obrzuca błotem, nie ma zatem co wieszać psy na ełkaesiakach. W sytuacji, gdy gra się o wszystko, liczy się skuteczność. A tą w ostatnich dwóch spotkaniach łodzianie mogą imponować. I za nią trzeba ich pochwalić.

Obrońca Hetmana – Krzysztof Smoliński poproszony o porównanie obecnej drużyny ŁKS z tą, w której on sam występował, twierdzi, że w łódzkim teamie wzrosła liczba futbolowych dzieciaków. Nieopierzonych graczy, których los postawił przed arcytrudnym wyzwaniem. Mogą się im zdarzyć kiksy, nieprzemyślane zagrania, przestoje w grze. Nikt jednak nie powie złego słowa na ich zaangażowanie, walkę o korzystny wynik do ostatniej minuty pojedynku.

Smoliński zapytany czy wróciłby do klubu z al. Unii mówi, że zrobiłby to z wielką chęcią:

– ŁKS ma swoją markę w futbolowym świecie, na którą inni – dziś możniejsi i mocniejsi – długo jeszcze nie zapracują. Gra w takim klubie to prestiż i sportowe wyzwanie. Takiej marki nie wolno rozmienić na drobne.

Teoretycznie w najbliższym ligowym pojedynku z Piotrcovią łodzianie skazani są na pożarcie. Nie da się ukryć, że rywal dysponuje znacznie lepszym zespołem od tego, który jesienią minimalnie (0:1) przegrał w Łodzi. Wyliczenia na papierze nic jednak nie znaczą. Ważne jest to, co obie drużyny są w stanie pokazać na boisku.

ŁKS może zademonstrować poukładaną, odpowiedzialną grę defensywną z coraz pewniej interweniującymi: Piotrem Dudą, Robertem Sierantem i Michałem Białkiem oraz luz i młodzieńczą fantazję w konstruowaniu kontrataku. Oby to wystarczyło do tego, żeby wrócić z Piotrkowa z tarczą.

Po raz pierwszy w tych rozgrywkach ŁKS zrealizował nakreślone plany. Zamierzał w trzech ostatnich meczach zdobyć 7 punktów i je zdobył. Zostawił na boisku krew i pot. Okupił ten sukces kontuzjami i żółtymi kartkami, ale cel osiągnął. Czy w tym momencie przekroczył wreszcie ligową smugę cienia i teraz może grać tylko lepiej?

Autor artykułu: (pas)

Bank ma debet – Strata “Przemysłowego” jest o 30 milionów wyższa niż twierdził zarząd!

April 30th, 2003

W Banku Przemysłowym, w którym łódzka gmina trzyma swe wszystkie pieniądze, kontrola goni kontrolę. Okazało się bowiem, że ubiegłoroczne straty banku mogą sięgnąć nie 75 mln, jak wykazały odwołane niedawno władze, ale aż 105 mln złotych!

Żeby dociec prawdy, bank centralny sam wynajął do kontroli “Przemysłowego” specjalistyczną firmę. Kontrolerzy banku centralnego mają zakończyć pracę 2 czerwca. Jeśli wyniki będą gorsze niż się spodziewano, bank może stracić jedynego zainteresowanego inwestora – Kulczyk Holding SA. A brak 100 mln zł od Kulczyka dla Banku Przemysłowego i jego akcjonariuszy (w tym łódzkiej gminy) oznacza poważne tarapaty.

Bożena Chełmińska-Miernik, przewodnicząca ustanowionego w marcu przez NBP zarządu komisarycznego łódzkiego banku, szacuje straty na ok. 105 mln złotych. Uważa też, że bank będzie musiał utworzyć większe o 30 mln zł rezerwy na pokrycie ryzyka kredytowego. Zapewnia jednak, że wyższe straty banku nie spowodują wycofania się Kulczyka z Łodzi.

- Kulczyk Holding SA był uprzedzony, że prawdziwa sytuacja Banku Przemysłowego może odbiegać od tego, co wykazywały jego poprzednie władze – mówi przewodnicząca zarządu komisarycznego.

- Jest naszą zasadą niekomentowanie spraw, które się toczą – powiedział zaś “Expressowi” Andrzej Wiśniewski rzecznik prasowy Kulczyk Holding. Związany z czeskim Union Banka łódzki Bank Przemysłowy miał kłopoty od lat. W 2001 roku został wreszcie objęty postępowaniem naprawczym – ważniejsze posunięcia zarząd musiał uzgadniać z NBP. Szukano kapitału. Akcje za 75 mln zł miała objąć firma Invesmart BV, ale Włosi (ci sami, którzy doprowadzili do krachu czeski Union Banka) pieniędzy w końcu nie dali. Wtedy wkroczył NBP. Znalazł nowego inwestora – Kulczyk Holding SA. Przysłał też zarząd komisaryczny, który zaczął dociekać prawdziwego stanu finansów łódzkiego banku; rychło też wziął się za jego odchudzanie. Na przetarg wystawiono służbowe samochody i nieruchomości BP SA.

- Sprzedaliśmy już kilka aut pospolitych marek. Szukamy nabywcy chryslera, willi i nieruchomości, w której miał być oddział banku – mówi przewodnicząca zarządu komisarycznego. Zapewnia też, iż wyższe straty banku w żaden sposób nie wpłyną na jego płynność finansową.
- Wszystkie lokaty są zupełnie bezpieczne – mówi Bożena Chełmińska-Miernik.

Autor artykułu: (kow)

Tomasz Łapiński na ławce Widzewa?

April 30th, 2003

Po zwycięstwach nad Szczakowianką 1:0 u siebie i Ruchem na wyjeździe 2:1 piłkarze Widzewa szykują się do sobotniego meczu z Zagłębiem w Łodzi.

Lubinianie przystępowali do bieżącego sezonu z wielkimi nadziejami. Zespół prowadził trener Adam Nawałka, a po spektakularnych zakupach tak znanych piłkarzy jak: Jarosław Krupski, Bogdan Zając, Marek Zając, Artur Andruszczak, Paweł Drumlak, Olgierd Moskalewicz, Grzegorz Niciński wszyscy w Lubinie widzieli swój zespół w europejskich pucharach.

Szybko jednak zespół ostudził zapędy działaczy i nadzieje kibiców. Przegrywał mecz za meczem i obecnie musi się mocno bronić przed spadkiem do II ligi. Jeżeli Widzew wygra sobotnie spotkanie, wyprzedzi rywali w tabeli ekstraklasy i będzie miał dwa punkty więcej od lubińskiego zespołu.

W ubiegłym sezonie w ligowych rozgrywkach Widzew aż cztery razy spotykał się z Zagłębiem Lubin. W rundzie zasadniczej (drużyny były podzielone na dwie grupy) łodzianie przegrali oba mecze, zarówno u siebie jak i na wyjeździe, po 0:2. W drugiej fazie rozgrywek, w spotkaniach grupy spadkowej widzewiacy zremisowali w Lubinie 1:1, a u siebie pokonali rywali 2:0. W rundzie jesiennej obecnego sezonu był remis 0:0. Przed sobotnim spotkaniem w widzewskim zespole panuje optymistyczne nastawienie.

Wczoraj widzewiacy spotkali się na pierwszym treningu po zwycięskim meczu z Ruchem Chorzów. Nie uczestniczyli w nim Michał Stasiak i Patryk Rachwał, którzy grali wieczorem w reprezentacji młodzieżowej Polski przeciwko Belgii. Ćwiczyli za to z drużyną mimo urazów Miodrag Andjelkovic i Darci Monteiro. Andjelkovic narzekał ostatnio na bóle kręgosłupa, ale ma nadzieję, że skierowanie na operację jest przedwczesne i że będzie przydatny dla Widzewa w ostatnich ligowych spotkaniach. Monteiro smutnym wzrokiem patrzył na swoją stopę, której od dłuższego już czasu nie może wyleczyć. – Trochę boli, ale bardzo chciałbym jeszcze zagrać w bieżącym sezonie – powiedział brazylijski piłkarz.

Nie trenował jeszcze wczoraj z widzewską drużyną Tomasz Łapiński, który po rozwiązaniu kontraktu z Piotrcovią jest wolnym piłkarzem. – Wczoraj zatrzymały mnie sprawy osobiste, ale rzeczywiście chcę trenować z piłkarzami Widzewa, by utrzymać cały czas dobrą formę – powiedział Tomasz Łapiński, który dotarł podczas zajęć widzewskiej drużyny na stadion przy al. Piłsudskiego.

Tomasz Łapiński przez 13 lat grał w Widzewie i był współautorem wielu jego sukcesów. Nie jest wykluczone, że w przyszłym sezonie znów będzie bronił barw łódzkiego klubu. Obecnie kończy szkołę trenerską w Warszawie i kto wie, czy nie zostanie jednym ze szkoleniowców Widzewa. Tym bardziej że w Piotrcovii był asystentem trenera Franciszka Smudy.

- Nasi piłkarze nie będą odpoczywali podczas długiego weekendu – powiedział nam kierownik drużyny Tadeusz Gapiński. – Dziś spotkają się z dziennikarzami na specjalnej konferencji, a zaraz po niej będą normalnie trenować. Niektórzy z nich zagrają w IV-ligowym meczu z Ceramiką Paradyż. Jutro i pojutrze zespół ma w planie po jednym treningu, a w piątek wieczorem udajemy się na zgrupowanie do Dobieszkowa.

Autor artykułu: (mm)

Taksówkarze do prezydenta: druga strefa za daleko…

April 30th, 2003

Przeszło ośmiuset łódzkich taksówkarzy podpisało się pod listem do prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. Dokument został złożony wczoraj w kancelarii Urzędu Miasta Łodzi.
- To lista zagadnień, które “bolą” taksówkarzy w naszym mieście – mówi Mariusz Bedyniak, dyrektor firmy tele-taxi.
- Część z tych problemów może rozwiązać sam prezydent, inne mógłby przekazać do odpowiednich organów (np. ministerstw). Problemy do rozwiązania to między innymi: zmiana granicy lepiej płatnej II strefy (obecnie – według taksówkarzy – zaczyna się ona za daleko), możliwość parkowania na ul. Piotrkowskiej w godz. 6-18 i zwiększenie (z 3 do 4) liczby błędów, jakie można popełnić na egzaminie, który muszą zdawać taksówkarze…

Autor artykułu: (sim)